Folklor w jazzie? Recenzja „Dźwięków ukrytych”

musik

Od wielu lat srogo nienawidzę jednego gatunku muzyki – jazzu. Jego grupa odbiorców zawsze kojarzyła mi się wyłącznie z ludźmi podstarzałymi, od których trąciło zapachem tanich perfum, schodzonym kaszkietem i nadmiernie umalowanymi paniami w średnim wieku, usiłującymi poprzez jazz zamaskować wszelkie zgorzknienie życiem. Zapalczywych młodych ludzi wykonujących jazz postrzegałam natomiast jako wychowanków powyższej grupy, których sfrustrowani rodzice zapisali do szkoły muzycznej w wieku, kiedy potrafili utrzymać trąbkę własnymi siłami.

Wszystko zmieniło się, kiedy dałam się namówić na festiwal jazzowy w moim mieście. Właściwie idąc tam, zaprzeczałam już wszystkim swoim wcześniejszym słowom, poddałam się, nie krytykowałam, tylko poszłam.

Jako kilkuletnia koneserka muzyki folkowej, wierutnie krytykowałam kiedy w innych gatunkach muzyki poza folkiem, muzyką ludową, folk metalem czy poezją śpiewaną, ktokolwiek próbował przerobić motywy z Kolberga na muzykę rozrywkową, jak dotąd kojarzoną przeze mnie z amerykańskimi murzynami i grubymi panami w garniturach, kapeluszu, okularach oraz saksofonem w ręce.

Akceptowałam jedynie wszelkiego typu remiksy, soundsystemy, muzykę dub lub elektro zainspirowaną popularnymi motywami z folkloru, jak GOORAL, Asian Dub Foundation, albo Afro Celt Sound System.

Moje podejście zmieniło się, kiedy usłyszałam pana Macieja Fortunę z kwartetem na żywo. Byłam zafascynowana tym, jak potrafił przełożyć melodię co najmniej kilku sopiłek (ludowych skrzypiec) na trąbkę i saksofon. Siedziałam nimi całkowicie oczarowana cały bogato inspirujący występ.

Jednak dopiero kiedy znalazłam album, którego recenzję popełnię w tym wpisie, zrozumiałam istotę jazzu, a właściwie można by to już określić mianem folk jazzu, czy też dark folku, czy każdym innym słowem, który w zasadzie jedynie szufladkuje tę muzykę, chociaż jest ona wyjątkowo niereformowalna.

Mowa o „Dźwiękach ukrytych” – autorstwa Jachna/Mazurkiewicz/Buhl. To wspaniałe trio skomponowało pocztówkę z krainy Zimy. Nawiązując motywami do bębnów rytualnych, wędrówek flisaków, walki o przetrwanie eskimosów, czy zwyczajnie opowiadając muzyką o… Yeti, możemy poczuć się jakbyśmy przebywali w zupełnie innej krainie.

Pierwszy utwór „Dawny świat” jest esencją, tezą, głównym motywem tematycznym płyty. Można wyobrazić sobie całkowitą retrospekcję, powrót do czasów pierwotnie żyjących ludzi albo nawet chwil przed istnieniem ludzkości. Jak dotąd nie usłyszałam bardziej wprowadzającego utworu w życiu, niż ten. Można by nawet podać go jako książkowy przykład wprowadzenia do albumu.

W kolejnym utworze „Ya Yeti” słyszymy dużo chaosu, trzaski, świsty, bębny, potem nagle werble oraz stały motyw na trąbce. Brzmi to jak łamanie gałęzi, stawianie ciężkich kroków oraz przechodzenie pomiędzy różnymi miejscami. Czyż inaczej wyobraziłby sobie ktoś podróż Yeti przez gęstwiny? Bogata wizualizacja w głowie, jakiej dostarcza ta dawka mocno pokręconej muzyki, jest miłą odskocznią od klasycznego pojęcia folkloru, muzyki etnicznej, muzyki lasu, muzyki poetyckiej, ponieważ w utworze nie pada ani jedno słowo poza zapisanym tytułem. Zaraz, zaraz… przecież to jazz! Ten straszny, dla starych ludzi jazz.

Każdy kolejny utwór to jeszcze głębsze wkroczenie w ten mistyczny świat, przez trzech panów bogato wykreowany, w starej świątyni w Fordonie.

Niefortunnie, w jednym miejscu był dziurawy dach, więc nagrały się odgłosy podwórka, wiatru oraz przejeżdżających przez ulicę obok samochodów. Jeden z najdłuższych utworów, „Stacja Fordon”, najbardziej transowy numer z płyty, wydobywa właśnie ukryte dźwięki starej opuszczonej od wielu lat i zapadającej się świątyni.

Album nawet nie jest kulturowo zależny, to nic, że to synagoga, że żydowska muzyka przebija się w wielu motywach. Dostarcza wrażeń ich sztuka, bo jest w dużej mierze improwizowana, jest jedynie odczuciem z kilkunastu chwil w życiu, a jakże daleko te myśli wybiegać musiały, że powstało z tego tak potężne dzieło. Sami twórcy mają bogatą przeszłość muzyczną związaną m.in. z zespołami Variete czy Limboski.

Daje się również wyraźnie odczuć ta ambientowa warstwa muzyczna albumu, melancholijna elektronika, która jest wisienką na torcie i nadaje łagodnego tonu całej katatonii bębnów, trąbki i surowo brzmiącego kontrabasu.

Jeżeli ktoś szuka miłej podróży przez krainę etnicznej muzyki, z etnologicznym zacięciem, polecam ten album w zupełności. To jeden z najlepszych polskich albumów roku 2016, jaki było mi dane znaleźć i usłyszeć oraz zachować dużą dawkę inspiracji.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s